środa, 15 lutego 2017

Metamorfozy. Zaburzenia odżywiania. Jak wyjść z zaburzeń odżywiania.

Cześć! :) Dawno nas tutaj nie było, ale niestety studia i praca pochłonęły nas doszczętnie. Dziś przychodzimy do Was z zupełnie innym postem, bardzo dla nas ważnym i wiele znaczącym. Chcielibyśmy przedstawić Wam kilka młodych, pięknych dziewczyn, które przeszły nie tylko metamorfozę fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną, a także podzielić się swoją historią. Dziewczyny to nasze internetowe przyjaciółki, należą do naszej grupy na Facebooku i są świetnymi motywatorkami. Każdego dnia dzielą się z nami swoimi relacjami, swoją aktywnością, podają propozycje przykładowych posiłków, zawsze można liczyć na ich wsparcie. Dają motywację, której nie spotkacie na okładkach gazet czy w Internecie na Instagramie. To zwykłe młode kobiety, takie jak ja czy Ty. "Zwykłe", a zarazem niepowtarzalne  i wyjątkowe.


Post ma za zadanie nie tylko zmotywować, ale przede wszystkim pisany jest ku przestrodze. Wiele młodych osób zwraca się do nas z zapytaniem odnośnie głodówek, nadmiernej aktywności. Duża część z nich nie ma wystarczającej wiedzy, nie wie jak się za to wszystko zabrać i jak rozpocząć swoją metamorfozę i walkę o lepszego siebie. Szczerze powiedziawszy ja na początku swojej drogi również należałam do tego typu osób. Popełniałam wiele błędów, powielałam wile stereotypów i bardzo skrzywdziłam siebie zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dziś bogatsza o bagaż doświadczeń i nową wiedzę chcę dzielić się z Wami, młodymi ludźmi swoją historią, chcę szczerze i otwarcie mówić o popełnianych błędach, chcę nie tylko przestrzegać, ale pokazać, że nie tylko Wy jesteście z tym sami, nie  tylko Wy popełnialiście błędy. Chcę pokazać, że nic nie dzieje się od razu, że na wszystko musimy dać sobie czas, wszystko robić z głową i dbać przede wszystkim o swoje zdrowie, a nawet jeśli już wpadłaś w zaburzenia odżywiania, to nie jest to sytuacja bez wyjścia. Z TEGO MOŻNA WYJŚĆ, czego przykładem będą osoby poniżej.


OLA :)

Podstawówka. Zaczynało się niewinnie. Chciałam schudnąć, nie podobało mi się moje ciało, zaczęłam ćwiczyć, ale nie zwracałam uwagi na to jak wygląda moja dieta. Nadal zajadałam się słodkimi jogurtami, pierogami i naleśnikami. Zauważyłam, że nie ma efektów. Zaczęłam czytać rożne askowe profile, które interesowały się byciem fit. Dowiedziałam się wielu rzeczy i stwierdziłam, że muszę zmienić sposób żywienia. Po pewnym czasie już nie jadłam domowych obiadów, gotowałam sama, a w mojej diecie nie było słodyczy, smażonych potraw i w ogóle niezdrowych rzeczy. W szkole byłam trochę wyśmiewana.. Dużo czasu traciłam na ćwiczenia, nie wychodziłam z domu. Sytuacja się pogarszała. Postanowiłam, że po skończeniu podstawówki, przepiszę się do gimnazjum do innej miejscowości. Tak też zrobiłam. Na początku z nikim nie rozmawiałam, a jeżeli już to pojedyncze zdania. Nadal ćwiczyłam i zdrowo się odżywiałam. A waga leciała, leciała... Aż zleciała z 53kg do 36. Zaczęły się wizyty u lekarzy. Badania krwi, ginekolog. 

Byłam u niejednego ginekologa. Pierwszy nie zrobił nic, drugi kazał przytyć, trzeci przepisał tabletki, ale nie pomogły. Nie chciałam przytyć, bałam się. Straciłam miesiączkę i przez 2 lata nie robiłam nic, by ją odzyskać. Siedziałam cały czas w domu, wiecznie płakałam, chodziłam smutna.. Wszystko mnie bolało, nie miałam na nic sił. W końcu uświadomiłam sobie, że kiedyś mogę nie mieć dzieci... Mogę być bezpłodna. To mi otworzyło oczy. Zapisałam się do lekarza. Nie była to jedna z lepszych i milszych wizyt, bo ukochany doktor stwierdził, że mam anoreksję i zaczął na mnie krzyczeć. Wyszłam z gabinetu cała zapłakana, trzęsłam się.. Powiedziałam sobie, że już tam nie wrócę. Kazałam siostrze zapisać mnie do PANI ginekolog do innego miasta. W tym czasie postanowiłam przejść na masę - przytyłam do prawidłowej wagi. Zaczęłam robić cheaty co tydzień. Naprawdę, bałam się zjeść batona, ale gdy już pierwszy raz zjadłam coś niezdrowego - szło z górki. Wielka ulga. Po kilku miesiącach dostałam tabletki antykoncepcyjne. Miesiączka wróciła. Nie bałam się jedzenia. Liczyłam kalorie, makro, ale wszystko z głową. Pani ginekolog stwierdziła u mnie niedoczynność tarczycy spowodowaną odchudzaniem. Oczywiście zaczęłam brać leki. Postanowiłam też, że kończę masę i przechodzę na redukcję - jestem na niej nadal i chociaż waga się nie zmienia, widzę różnice w wyglądzie. Idzie mi to trochę wolniej, ale ważne, że widać jakiekolwiek efekty. Z ponurej dziewczyny stałam się uśmiechnięta, szczęśliwa nastolatką. Mam świetne relacje ze znajomymi, ciągle się śmieję! A wcześniej? Uśmiechałam się z przymusu, z nikim nie rozmawiałam.. Nie potrafiłam w święta zjeść potraw wigilijnych tylko sama przygotowywałam pierogi z maki żytniej, zdrowe zupy.. To było chore, teraz to wiem. Nie boję się już jedzenia, pilnuję diety, ale pozwalam sobie na małe odstępstwa. Wszystko jest w głowie! Mi, aby zrozumieć swoje błędy zajęło ponad 2 lata. O mało nie straciłam życia. Szanuj siebie, szanuj świat. Masz tylko jedna szansę, nie zmarnuj jej!




MAŁGOSIA :)

Swoją fit przygodę zaczęłam 2 stycznia 3 lata temu. O dziwo to było jedno z tych postanowień noworocznych, które zostało spełnione. Przynajmniej częściowo. Moim celem było schudnąć. Byłam w okresie dojrzewania i wyłączył mi się tryb dziecka, które się wiecznie nosiło. W odstawkę poszła wszelkiego rodzaju aktywność fizyczna, a ja potrafiłam całe dnie leżeć i wcinać duplo oglądając film czy czytając książkę. Mnóstwo razy wracając ze szkoły kupowałam ulubiony zestaw, drożdżówkę i sok typu kubuś. Nadal je uwielbiam, ale nie tykam od bardzo dawna. Dlaczego? O tym później :) Wchodząc w swoją fit przygodę popełniałam błędy od samego początku. 

Z jednej strony miałam mamę, która mówiła mi swoje mądrości, które wcale mądre nie były, z drugiej panią M., czyli dziewczynę, która też się odchudzała i chodziła ze mną do klasy. A jeszcze z innej, proanę z motylkami, czyli chorującymi dziewczynami. Istnie wybuchowa mieszanka. Pani M. początkowo nie liczyła kalorii, zaczęła to robić, gdy zaczęłam chudnąć szybciej od niej. Pierwszą dietą jaką zaczęłam było tysiąc kalorii. O dziwo nawet nie chodziłam głodna. Jednak pani M. miała zapędy ortoreksyjne i wierzyła we wszystkie ciekawostki z gazet. Nawet takie, że jak siedzimy to tłuszcz odkłada nam się na pośladkach, więc na przerwach chodziłyśmy w kółko. Waga leciała. Jadłam mało, zdrowo i ćwiczyłam. 

Początkowo mój trening składał się z połączonych ze sobą filmików 10 minutowych. Pewnego razu jednak zapytałam pewną dziewczynę z aska  jak oceni taki właśnie trening. Za odpowiedź dostałam, że na taki lżejszy może być. To wjechało na moją ambicję, a raczej chorobowe myśli. Przecież jako motylek powinnam ćwiczyć do upadłego, aż zmęczona padnę na podłogę, a nawet wtedy podnieść się i ćwiczyć dalej. Tym sposobem zaczęłam ćwiczyć z fitness blender i wykonując ten trening plus bieganie i rower schudłam bardzo szybko. Okres zanikł bardzo szybko, strach przed jedzeniem krzyczał głośno, a waga leciała. Miałam dwa najgorsze okresy. Pierwszy to kwiecień tego roku, gdy zaczęłam się odchudzać. Wtedy to jadłam 0-400 kalorii, a pomimo tego ćwiczyłam typowe dywanówki, cardio z yt, biegałam, tańczyłam. Raz poszłam biegać mając 39°C i w takim też stanie pojechałam na egzaminy próbne. Drugi taki okres to wakacje, Kołobrzeg. Przez dwa tygodnie mój jadłospis wyglądał mniej więcej tak: owsianka z torebki ok.115 kcal, lód, obiad. I nic więcej, a ćwiczyłam po jakieś 3-4h. Wtedy też osiągnęłam najniższą wagę, 7 kg niedowagi. Nadal chciałam chudnąć, nie mogłam na siebie patrzeć. Potem nastąpił przełom i zaczęłam jeść. Z perspektywy czasu wiem, ze powinnam porządnie podnieść bilans i ćwiczyć siłowo, a nie cackać się z tym 1,5 roku. Przez ten czas wiele się zmieniło. Zostałam zdiagnozowana, ednos. Poznałam jedną z najbliższych mi osób. I dzięki niej zaczęłam wychodzić z choroby. Paradoksalnie nie pomógł mi psycholog, rodzina, nikt... A zrobiła to dziewczyna, która sama się głodziła. Przytyłam. I w tłuszcz i mięśnie. Przestałam się głodzić, ale moja psychika wciąż szalała. Bulimia i ortoreksja pełną parą. Miałam ,,zdrowe okresy" i były to piękne momenty, ale krótkie. Okres wrócił po 13 miesiącach. Zaczęło się liceum. Dzięki chłopakowi-pakerowi(😂) z mojej klasy przeszłam na masę, zaczęłam chodzić na siłownię. Na masie przytyłam, zbudowałam mięśnie i siłę. Na siłowni czuję się milion razy lepiej niż w domu, którego nienawidzę. Ciężko jest ukrywać to przed rodzicami, ale wiem, że warto. Aktualnie jestem na redukcji. Są wzloty i upadki, ale wiem, że w końcu będzie dobrze. Mam spore problemy z samą sobą, ale i nadzieję. No i wsparcie. Teraz już wiem sporo o diecie i treningu, więc nie popełniam masy błędów jak kiedyś. A ,,przyjaźń" skończyłam, ponieważ pani M. była centrum mnóstwa aspektów mojej choroby i wiem, że to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
I na koniec dodam, że zawsze uciekałam przed lustrami, zdjęciami, bo wciąż czułam się grubo. Nieważne czy z wagą 58 czy 45 i niższą. Teraz jednak mam wsparcie, w siostrze, pani Y. I grupie na Facebooku. Wciąż jest ciężko, ale mam siłę walczyć, a swoim przykładem wielu osobom pomogłam i wciąż staram się pomagać 🙂




KLAUDIA J. :)

Cześć :) Może zacznę od tego, że nigdy nie miałam nadwagi. Mimo to pamiętam jak wielkie kompleksy mi towarzyszyły. Potrafiłam większość dnia przepłakać, ponieważ moje nogi są za grube, brzuch zbyt duży i wszystko to składa się na to, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję i ogólnie każdemu byłoby lepiej beze mnie. Cały czas się nad sobą użalałam, zamiast wziąć się w garść. Jak już postanawiałam ćwiczyć, robiłam trening max trzy razy w tygodniu i już o tym całkiem zapominałam. Takim impulsem, który sprawił, że rozpoczęła moją "fit" przygodę był moment, w którym okazało się, że nie mogę zmieścić się w moją ulubioną sukienkę ;D a organizowana była dyskoteka i nie miałam w czym na nią iść. Do dziś pamiętam jak się wtedy zdenerwowałam i od razu poszłam ćwiczyć. Zaczynałam od ćwiczeń z Mel B. Regularnie ćwiczę od około 15 lutego 2016 roku (oczywiście było parę "potknięć" gdy przestawałam ćwiczyć na jakiś czas, ale za każdym razem, zbierałam się w sobie i brnęłam dalej) .

Może zabrzmi to głupio, ale co było moją największą motywacją? Słowa taty, który powiedział, że i tak będę gruba, bo to genetyczne.... Za każdym razem gdy chciałam się poddać, przypominałam to sobie i stwierdzałam, że: " nie, nie nie, nie ma tak łatwo, jeszcze zobaczy, że się myli".

Szczerze mówiąc, nie chcę się za bardzo rozpisywać, żeby ktoś to chciał przeczytać, więc może wypiszę teraz błędy, które popełniłam - ku przestrodze dla innych:

- jedzenie za mało - około 1000 kcal to nie jest dobry pomysł, mówię Wam,
- prawie całkowite wyeliminowanie tłuszczy,
- porównywanie się do innych - KAŻDY człowiek jest inny i KAŻDY ma w sobie coś pięknego, czasami trzeba tylko czasu by to zauważyć,
- traktowanie jedzenia jako nagrody - nie wmawiajcie sobie, np. że jeśli zrobię trening to mogę zjeść ten posiłek; sprawi to tylko, że gdy z jakiegoś powodu nie będziecie mogli spełnić tego warunku, popadniecie w przygnębienie, jakieś zaburzenia, itd.,
- strach przed niezdrowym jedzeniem - raz na jakiś czas MOŻNA zjeść coś niezdrowego, nie sprawi to, że przytyjecie, oblejecie się tłuszczem, czy jakie tam jeszcze myśli przychodzą Wam do głowy. Robienie kilku miesięcznej albo nawet dłuższej przerwy od słodyczy itd. doprowadzi do naszej frustracji, złego samopoczucia. 
Gdy masz na coś ochotę - zjedz to, byle z umiarem.

A teraz, co udało mi się osiągnąć?
- Najbardziej jestem zadowolona z mojej zmiany "wewnętrznej" - stałam się pewniejsza siebie, już nie boję się wyrazić własnego zdania.
- Jeśli chodzi o sylwetkę: schudłam 9kg, ale teraz znowu przytyłam. Dlaczego? Ponieważ nie podobało mi się moje ciało, uważam, że byłam za chuda. Oczywiście nie obżeram się niezdrowym jedzeniem. Robię wszystko "na legalu" a moje ciało coraz bardziej mi się podoba – kiedyś będę miała moje wymarzone umięśnione nogi i kratę na brzuchu.
- Co uważam za największy dowód mojej zmiany? Fakt, że zaczęłam dodawać zdjęcia posiłków na instagrama (@orzechowelove) i już nie martwię się tym co inni o tym pomyślą.
- Czuję się szczęśliwa! :) :)

Oto parę moich zdjęć:





ALA  :)

Witam serdecznie.
Mając możliwość, chcę opisać swoją historię ze zdrowym stylem życia i ćwiczeniami. 
Od czego się zaczęło? W sumie sama nie wiem, pamiętam, że była to połowa października 2013r. – chyba po prostu ta moda na Chodakowską i ćwiczenia sprawiła, że ja również zapragnęłam wyglądać jak kobiety z okładek. I zaczęłam ćwiczyć… Mój trening opierał się na ćwiczeniu z Chodakowską (Skalpel) i Mel b –trening brzucha i pośladków – przeplatałam to ze sobą siedem razy w tygodniu i zaczęłam „zdrową dietę” czyli zero cukru, zero tłuszczu, nic pszennego, a o cheatach nie miałam pojęcia. Trwałam tak sobie około rok, efekty były, ale w końcu stwierdziłam „po co mi to?”. I zjadłam racuchy, które Mama przygotowała, a później znowu wróciłam do zdrowego stylu życia i tak sobie przeplatałam zdrowo z niezdrowym.

Około 2015r. zaczęłam interesować się anoreksją – byłam zaciekawiona i zafascynowana tą chorobą, a z drugiej strony mnie przerażała i myślałam „Jak można się doprowadzić do takiego stanu? Jak można bać się zjeść batona, przecież nic się nie stanie.” Rodzice zauważyli, że interesuje się niebezpiecznymi tematami i ciągle słyszałam „Tylko mi nie popadnij w anoreksję.”

Nic się nie działo, ja sobie dalej ćwiczyłam i byłam szczęśliwa, że jestem fit i tak przeleciał kolejny rok, ale jakoś w listopadzie 2015r. straciłam okres… Rok 2016r. był rokiem burzliwym i przełomowym, przeżyłam te najpiękniejsze i najstraszniejsze chwile… Miałam problem z jedzeniem – zaburzenia odżywiania. Nie radziłam sobie sama, ale też nie chciałam się przyznać, że mam problem i wtedy zrozumiałam jak można bać się zjeść tego batonika. Dalej ćwiczyłam, ale już teraz w sobotę i niedzielę miałam rest, a moja waga spadała i tak spadała, aż osiągnęła 41kg przy 165cm. Czy niska? Dla mnie tak i najwidoczniej dla moich rodziców też, bo postanowili interweniować, nie było miłych słów, głaskania po główce itd. Postawili ultimatum – albo jesz to co my Ci damy, albo pójdziesz do szpitala na jakieś leczenie. Płakałam i jadłam, próbowałam wymiotować, ale stwierdziłam, że to głupota. Nie mogłam ćwiczyć i nie ćwiczyłam do maja 2016r. Przytyłam do 49kg i stwierdziłam, że nie jest tak źle, chociaż nadal było ciężko z moją akceptacją.

Na nowo zaczęłam się zagłębiać w tajniki zdrowego odżywiania i zrozumiałam co tu jest najważniejsze… Nie sylwetka, a ZDROWIE! ZDROWIE PSYCHICZNE I FIZYCZNE. Zaczęłam jeść więcej zdrowych tłuszczy, wprowadziłam powoli cheat meal do swojej diety i ćwiczyłam z głową(!).

Od sierpnia 2016r. ćwiczę z obciążeniem – początkowo były to hantle 5kg, skorzystałam z planu Klaudii i Marcina i zaakceptowałam siebie! 
Teraz kocham każdy milimetr swojego ciała, ale to nie jest tak, że cały czas jest cudownie. Czasami zdarzają mi się myśli, że jestem za gruba i nikt mnie nie zechcę, że ciągle tylko jem (aktualnie jestem na redukcji). Jednak pokonuje te myśli i czerpie radość z każdego dnia.

Od lutego 2017r. ćwiczę na siłowni – niedługo, bo kończę drugi tydzień, ale jest cudownie! <3 
Podsumowując mój zdrowy styl życia na początku wcale nie był taki zdrowy. Ale koniec końców wydaje mi się, że wyszłam na prostą.

Teraz staram się pomagać innym i przestrzegać ich przed rzeczami, które spotkały mnie. 




PAULA :)

Zaczęło się od zwykłego postanowienia noworocznego :) 
Już w 1 gimnazjum coś tam sobie ćwiczyłam. Zaczynałam od zwykłego biegu na 600m potem na 1km, jeździłam na zawody szkolne, a w 3 gimnazjum postanowiłam zainteresować się sportem. Razem z koleżanka wzięłyśmy udział w wyzwaniu Mel b. Nie mogłam się doczekać wiec zaczęłam 3 dni przed 1 stycznia.

Tak właśnie zaczęła się moja fit przygoda.
Niestety na początku tylko ćwiczyłam. Odżywiałam się niezbyt zdrowo, ale moje nawyki zmieniły się w momencie gdy wzięłam udział w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Zdrowego Stylu Życia. Przygotowałam prezentacje na temat tego co siedzi w produktach, poszerzyłam swoją wiedzę na temat glutaminianiu, barwników, konserwatów itp… Poznałam wartości odżywcze wielu produktów. No i się zaczęło zdrowe odżywianie. 
“Zdrowe” może tak to nazwę ponieważ zaczęłam przesadzać i to ostro. Schudłam, miałam niedowagę i ciągle ćwiczyłam. Moim priorytetem były ćwiczenia,  i głównie LEKKI nabiał. Ewentualnie 0%.

Kiedy zaczęła się szkoła moi znajomi zauważyli ze jest coś ze mną nie tak. Wtedy usłyszałam od jednego z kolegów słowa “siłownia”  “przysiady” “mięśnie”. Gdy zrozumiałam ze robię źle postanowiłam zacząć chodzić na siłownię i wyrobić sobie mięśnie.

Chodzę już 3 rok na siłownię i nie zamieniłbym jej na nic innego! Tam znajduję ogromną motywację, spotykam fajne osoby i czas mija szybko, pracowicie i satysfakcjonująco! Uwielbiam ćwiczyć przysiady, martwy ciąg, triceps, jak i ćwiczyć wszelkie cardio. Tylko na siłowni, bo tam jest świetna atmosfera. Bywają dni, gdy ćwiczę w domu ale to baaardzo rzadko.

Moje ciało się zmieniło z chuderlaczka na kawał mięcha. Owszem mam trochę tu i tam w minimalnych ilościach dosłownie, ale to akceptuję. Lubię swoje ciało i to, że jest takie silne. Jestem po prostu szczupła. Żeby do tego dojść i to zrozumieć musiałam przebyć ciężka drogę.

Czego bym nigdy nie powtórzyła? Co było moim najgorszym błędem?
Jest tego wiele…
1. Nigdy nie będę liczyć kalorii co do jednej. (Liczę orientacyjnie i to rzadko )
2. Zawsze będę się wsłuchiwać w swój organizm i traktować mój sport w granicach rozsądku. (Kiedy coś mnie boli - nie ćwiczę kiedy jestem chora - nie ćwiczę kiedy nie mam możliwości zrobić treningu - nie spinam się. To nie jest najważniejsze)
3. Nie będę się objadać. Jem gdy jestem głodna i gdy mam ochotę na coś - W GRANICACH ROZSĄDKU.
4. Nie ćwiczę 6 dni w tygodniu jak kiedyś. TERAZ już sama wiem kiedy czuję zmęczenie i kiedy potrzebuję tzw. rest. Może to być dzień dwa albo 3 albo… Tyle ile potrzebuję.
5. Sport to nie wartość najwyższa. Bez wyrzutów potrafię opuścić trening by spędzić, rzadko mając okazje, czas ze znajomymi.
6. Jem na co mam ochotę. Teraz wyrobiłam swój styl żywienia i nie jem złych produktów. Kiedy mam okazję na imprezie na spotkaniu albo… U BABCI <3 to jem ze smakiem.
7. Uwielbiam sport i jestem odporna na opinie innych. Nie zmuszam się do ćwiczeń, gdy wiem ze nie mam na nie ochoty. To ma być przyjemność.: )
8. Akceptuję siebie i nigdy nie chciałabym cofnąć czasu do momentu gdy przechodziłam najgorsze chwile z odżywianiem i sportem.

Jestem szczęśliwa i akceptuję swój wygląd!

Jeżeli raz upadnę to wiem ze się podniosę. Mogę tak robić wiele razy, ale zawsze jestem pewna na milion procent, że się podniosę i mimo porażek oraz błędów wiem, że jestem wzbogaconą osobą.: ) Wzbogaconą o doświadczenie i wiedzę.



KASIA :)

Moja 'fit przygoda' rozpoczęła się od tego,  że siostra powiedziała mi,  że mój brzuch wygląda jakbym była w ciąży. Moja reakcja? Natychmiastowa!  Na początku zaczęłam jeść bardziej regularnie (okres wakacji) lecz dalej niezdrowo (1 błąd). Na śniadanie drożdżówka+kakao, potem owoc, obiad itd. Mój wygląd trochę się poprawił,  ale chyba dzięki temu,  że w między czasie pomagałam przy żniwach - ciężka robota. Z jedzeniem było gorzej, bo nie było czasu i po tygodniu tak intensywnego wysiłku zrobiło mi się słabo lecz szybko o tym zapomniałam i dalej robiłam to, co wcześniej. Dodam, że ćwiczyłam rano i wieczorem tę samą partię (2 błąd). We wrześniu zaczęłam chodzić do nowej szkoły,  na śniadanie jadłam pół kromki chleba z szynką i łyk herbaty,  w czasie szkoły nic, dopiero o 16-17 był mój drugi i ostatni posiłek (3 błąd). Jadłam tak przez jakieś 3 miesiące (wiadomo, zdarzało się,  że więcej lecz sporadycznie). Schudłam ok. 7kg (46kg). Pewnego dnia znowu było mi słabo, a moje ciśnienie wynosiło 87/33/56. Czyli mega niskie. No i wtedy zrozumiałam, że tak być nie może i zaczęłam więcej jeść. Po świętach ważyłam o dwa kilogramy więcej. Zaczęłam ćwiczyć raz dziennie i jeść mniej syfów. Mój brzuch był meeega. W międzyczasie trafiłam na Twojego aska oraz innych 'fit' osób. Oczywiście od czasu odchudzania nie miałam miesiączki i pewna dziewczyna doradziła mi MM. Czyli zwiększenie kalorii do 3000 kcal co 2-3 dni o jakieś 200 kcal. Z 49 kg przytyłam do 56, w maju jadłam bardziej niezdrowo niż zdrowo, no bo muszę, bo chce mieć okres (4? błąd). W czerwcu powróciłam do zdrowych nawyków, a w wakacje zrzuciłam 2 kg i czułam się naprawdę nieźle. W październiku jadłam trochę niezdrowo i przytyłam ok. 2kg. Chyba moja choroba się odezwała i mocno ucięłam kalorie. Jadłam tak przez 1.5 miesiąca (5 błąd). No i przez jakieś 8 miesięcy zmagałam się z wielkością cheatów. Co tydzień wpływało dodatkowe 3500 kcal, jak nie więcej. Aktualnie jestem na dobrej drodze,  w sumie dzięki wyzwaniu na grupie Klaudii i Marcina. Kontroluję cheaty, nie mam obsesji po zjedzeniu czekoladki w tygodniu. Nie patrzę na wagę lecz na lustro i miarę. Mogę powiedzieć,  że jestem szczęśliwa.

Teraz mi się przypomniało, zanim zaczęłam to całe zło (a może i dobro? ) chciałam być chora, bo nikt mnie nie rozumiał,  liczyła się tylko moja siostra i chciałam zachorować żeby ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę. Myślę,  że to też była przyczyna mojego 'odchudzania'.




KLAUDIA KLAUDYNKA :)

Przyszła i kolej na mnie. Szczerze mówiąc nie jest to dla mnie łatwe, bo wiem, że ten post trafi do szerokiego grona odbiorców. Długo się zastanawiałam nad tym, czy dodać tutaj też swoją historię, ale w końcu postanowiłam się przełamać. Jeśli Wy dziewczyny potrafiłyście, to ja także. Być może ktoś czytając weźmie sobie to do serca i wyciągnie odpowiednie wnioski. Być może komuś to pomoże.

Od małego byłam szczupła, wysoka i cokolwiek bym nie jadła to i tak byłam chudym patykiem, więc myślałam, że mogę jeść wszystko bezkarnie. W okresie dorastania ograniczyłam swoją aktywność, byłam jednym słowem leniwa, a w dalszym ciągu zajadałam się fastfoodami, słodyczami i innymi gównami. Powoli obrastałam w tłuszcz, pojawiały się boczki, cellulit i moje ciało stawało się coraz mniej atrakcyjne. Sama nie zwracałam na to uwagi, nie widziałam tego, albo... Nie chciałam tego widzieć. Nadszedł czas kiedy rodzina i najbliższa mi osoba, czyli mój narzeczony, a wtedy chłopak zaczęli w uszczypliwy sposób komentować moje ciało. Wtedy popatrzyłam w lustro i faktycznie. Przeraziłam się. Wbijające się w pośladki, za małe spodenki. Wylewające się boczki, trzęsące się uda, cellulit. Do tej pory jak sobie przypomnę ten widok to mam dreszcze. Ważyłam wtedy około 64-65kg przy 168cm.
Nie wiedziałam co zrobić, więc zaczęłam czytać różne fora internetowe, na których świętością były diety 1000 kalorii i nie tylko. Naczytałam się głupot i namówiłam koleżankę. Rozpoczęłyśmy pierwszą w swoim życiu dietę. Teraz z perspektywy czasu patrzę, że gówno nie dieta, tylko głodówka. Jadłyśmy niecałe 1000 kalorii, chodziłyśmy głodne, zmęczone, złe. Włosy wypadały mi garściami, a ja byłam tylko jeszcze bardziej zdołowana, ponieważ moje ciało nadal było flaczkiem.
Całymi dniami potrafiłam oglądać motywacje w Internecie i codziennie się do kogoś porównywać, ćwiczyłam jedynie cardio, kilka razy dziennie. Gdy tylko zjadłam coś niezdrowego miałam ogromne wyrzuty sumienia i natychmiast musiałam poćwiczyć, aby to spalić. Gdy tylko opuściłam trening byłam na siebie wściekła, nie robiłam rest day. Byłam coraz bardziej zmęczona. Owszem chudłam, ale moje ciało było nadal sflaczałe, nadal miałam tłuszcz. Popaliłam mięśnie. Nienawidziłam swojego ciała. Zeszłam do 48kg. Było mi widać wszystkie kości, zwłaszcza obojczyki, a ręce przypominały patyczki. Mimo to, moje uda nadal były zalane tłuszczem, bardzo mało jędrne, a dobrze wyglądałam tylko w ciuchach. Nie wiedziałam kompletnie co mam robić. Przecież "jestem na diecie i ćwiczę", więc dlaczego nie wyglądam tak jak Panie na zdjęciach w Internecie?

Pewnego dnia Marcin namówił mnie, aby pójść z nim razem na siłownię. Ok, poszłam, ale czułam się na niej jak zagubione dziecko, nie wiedziałam co do czego służy, nie wiedziałam co ze sobą zrobić i cholernie wstydziłam się mężczyzn. Przez jakieś dwa miesiące tkwiłam tylko na strefie cardio, czyli orbitrek, bieżnia. Moje ciało nadal było bardzo brzydkie, a ja jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Wstydziłam się pytać, wstydziłam się nawet Marcina, który wyglądał z dnia na dzień coraz lepiej.

Zaczął się kolejny semestr na studiach, w związku z tym zaczęły się także nowe przedmioty. Szeroki wybór różnych psychologii oraz przedmiotów dotyczących zaburzeń odżywiania. Przeraziłam się, przedstawiano nam różne objawy zaburzeń, wyjaśniono czym są i przedstawiono kilka autentycznych przykładów. Przeraziłam się, bo zaczęłam dostrzegać w sobie objawy zaburzenia. Wtedy wróciłam do domu, zaczęłam jeszcze więcej czytać. Zaczęłam dostrzegać swoje błędy i bardzo chciałam walczyć, aby nie skończyć na anoreksji tak jak dziewczyny o których nam opowiadano. Założyłam profil w Internecie, poznałam wiele dziewczyn, które tak samo jak i ja zbłądziły. Zaczęłam czytać artykuły, oglądać filmiki dotyczące diety i ćwiczeń. Ale nie były to już gówniane fora, a strony prawdziwych specjalistów. Miałam świadomość tego, że robię źle, że robię sobie krzywdę. Wiedziałam, że muszę walczyć, ale mimo wszystko czasem miałam chwile słabości. Chwile kiedy to wyrzuty sumienia wracały, łzy napływały do oczu i znów widziałam w lustrze tłuściocha. To była bardzo ciężka walka. Z jednej strony wiedza teoretyczna dotycząca zaburzeń, świadomość konsekwencji i ogromny strach, a  z drugiej chęć posiadania jak najlepszej sylwetki w jak najkrótszym czasie. Cały czas się dokształcałam, czytałam strony internetowe, książki, oglądałam filmy. Zdobyłam podstawową wiedzę dotyczącą diety i ćwiczeń, zaczęłam zmieniać nawyki żywieniowe. Zaczęłam więcej jeść. Zwiększałam stopniowo kalorie, ograniczałam ćwiczenia na spalanie, a postawiłam głównie na ćwiczenia siłowe. Już nie bałam się ćwiczyć wśród mężczyzn, mimo że miałam świadomość, że biorę malutkie ciężary. Cóż, nikt od razu duży i silny się nie urodził. Walczyłam każdego dnia, postanowiłam powiedzieć otwarcie Marcinowi o tym, co się ze mną dzieje, jak nienawidzę swojego ciała i jakie towarzyszą mi emocje. Bardzo mnie wspierał, nie tylko mówiąc komplementy, ale przede wszystkim pokazywał co robiłam źle, co powinnam zmienić, dlaczego powinnam to zmienić oraz w jaki sposób. Bardzo się mną zaopiekował. Poznałam fantastyczne dziewczyny, nawiązałam z nimi internetowe znajomości, wiedziałam, że nie mogę ich zawieść, bo w pewnym sensie jestem dla nich wzorem i motywacją, wszyscy wspieraliśmy się wzajemnie.

Cały ten stan trwał około dobrych 2 lat, były dni lepsze, kiedy potrafiłam jeść bez wyrzutów sumienia, uśmiechać się, wychodzić z rodziną, cieszyć się życiem, ale zaraz po tym przychodził dół. Niezadowolenie ze swojej sylwetki, ciągłe przeglądanie się przed lustrem. Pewnego dnia, chyba przed wyjazdem do Chorwacji nastał przełom. Kupiłam strój kąpielowy, kosztowało mnie to wiele nerwów, nie mogłam trafić na ten odpowiedni, każdy który przymierzyłam tylko podkreślał moje niedoskonałości. Rozsypałam się totalnie. Mały biust, wystające obojczyki, tłuszcz na nogach. JAK TO MOŻLIWE PRZY TAK NISKIEJ WADZE?
Postanowiłam, że w Chorwacji nie będę się rozbierać, będę unikać zdjęć. Co się okazało?
Tak świetnie się bawiłam, że nawet o tym nie myślałam. Dostałam bardzo dużo wsparcia ze strony Marcina, najważniejszej osoby. Dotarło do mnie, że mam mężczyznę, który kocha i akceptuje mnie w całości. Spędziłam fantastyczny czas ze swoją rodziną, byłam uśmiechnięta i szczęśliwa. Zobaczyłam, że to nie jedzenie i piękna sylwetka są wyznacznikiem szczęścia. SZCZESCIE TO ZDROWIE, MILOSC I RODZINA. Co więcej, podczas wyjazdu przytyłam, wiadomo niezdrowe jedzenie, mniej aktywności i +3kg na wadze. Wyglądałam lepiej, zdrowiej niż przed wyjazdem. Zaczęłam oglądać zdjęcia z wakacji, nie mogłam na siebie patrzeć, wpadłam ze skrajności w skrajność. Z zapuszczonego tłuściocha w wychudzonego, zapadniętego patyka. Kiedy wróciłam do Polski, postanowiłam, że przejdę na tzw. masę. Zaczęłam więcej jeść i ćwiczyć siłowo. Przytyłam, obecnie ważę w okolicach 55kg i odbudowuję mięśnie. Ważę więcej, ale wiem, że wyglądam coraz lepiej, coraz zdrowiej. Dociera do mnie, że nie muszę być we wszystkim najlepsza, że nie muszę wyglądać idealnie. Zdałam sobie sprawę ze swoich kompleksów, poznałam swoje mocne strony, wiem nad czym muszę popracować, a z czego mogę być dumna.

Obecnie aktywność fizyczną traktuję jako przyjemność, jako dodatek, nie jako wartość najwyższą. To samo z jedzeniem. Jem zdrowo, bo chce, bo lubię, nie dlatego że muszę. Już nie rządzi mną fit lifestyle. Poznałam umiar, wiem kiedy i na co mogę sobie pozwolić. I to jest piękne. Nie jestem już niewolnikiem w swoim ciele. Z dnia na dzień staję się bardziej pewna siebie.







M.

Długo się zastanawiałam czy napisać czy nie... Właściwie to nie jestem osobą z której warto brać przykład. Nigdy wcześniej nie odżywiałam się zdrowo ani nie ćwiczyłam jak większość fit osób.. Sport towarzyszy mi w zasadzie od zawsze. Obecnie od 2 lat trenuję karate kyokushin i podobno dobrze mi to idzie chociaż ja nigdy jakoś w siebie nie wierzyłam. Pod koniec 2016 roku za własne pieniądze pojechałam do Holandii na Mistrzostwa Europy. Jak na moje szczęście zajęłam dwa 4 miejsca, często mi się to zdarza. 😂

Obecnie dostałam powołanie do reprezentacji Polski na kolejne Mistrzostwa Europy...  Pod warunkiem że schudnę 3,5 kg. Tak oto 11 dni temu zaczęła się moja pierwsza dieta 😕💪 Słabo się na tym znam i sama potrzebuję motywacji (co po wstępie już można było wywnioskować) ale powoli waga leci w dół. Dla mnie jest to ogromny wyczyn.. Bo taka ja, co piła 2l Coca-Coli dziennie i zagryzała tabliczką czekolady ma się niby odchudzać? Kiedyś co prawda próbowałam schudnąć ale ograniczało się to do głodówek i ćwiczeń których nienawidziłam i z których dzięki Bogu po 2-3 rezygnowałam.. Po pewnym czasie stwierdziłam, że nie warto. Zaczęłam uznawać się za ideał i najlepszą we wszystkim co może być.. Straciłam wiele. Na napisanie tego ostatecznie przekonał mnie fakt, że to karate jest dla mnie czymś dla czego mogę nie tylko wyrzucić słodycze, gazowane i smażone, ale też zrozumieć i zaakceptować pewne rzeczy no i przede wszystkim być dobrym lepszym człowiekiem. Uświadomiłam sobie swoje wady i chcę zacząć z nimi walczyć, jak na macie.. Karate bardzo mnie zmieniło i dalej chcę się zmieniać, bo ta prawdziwa przemiana jeszcze nie nastąpiła. Muszę naprawić wiele rzeczy, ale na razie postanowiłam, że kiedy już zrzucę potrzebne mi kilogramy chcę na stałe zmienić niezdrowe nawyki i żyć jak na tego sportowca przystało. 👊 A na koniec Wam wszystkim życzę żebyście znalazły takie karate, czymkolwiek ono będzie, dla którego warto się zmienić na lepsze we wszystkich dziedzinach swojego życia.. bo warto! 💖💕 "

No, a jako że wcześniej jakoś nie robiłam żadnych fit zdjęć to proszę dorzuć do posta te:



15 komentarzy:

  1. Takie przemiany to świetna sprawa :) Też chciałabym, ale muszę najpierw przytyć, ale nie mogę, taka budowa :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wpis :) Fajnie że podałaś przykłady dziewczyn :)
    http://gingerheadlife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. This is a very lovely post.

    Bloglovin
    STYLEFORMANKIND.COM

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wpis, aż mi się zachciało pójść na siłownię! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny wpis , bardzo zmotywował mnie do działania ;*
    http://xthy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. I to nazywa się motywacja dana od życia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję wszystkim dziewczynom motywacji, siły i tego, że potrafiły zmienić swoje życie :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję efektów każdej z dziewczyn :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No i super teraz wyglądasz:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wszystkie przemiany są super! Mega mi się podoba figura Klaudii! *_*

    OdpowiedzUsuń